O dalszą paragrafilizację kraju...

Mam wrażenie, że stopień zurzędniczenia i zbiurokratyzowania Polski silnie przekracza normy z czasów komuny. Rządzi nami nowa biurokratura, bezwzględna i agresywna. To jest fakt polityczny, ale bezpartyjny, bo do rozwoju paragrafilizacji naszego życia wszystkie działające w kraju partie przykładają się tak samo.

Ten blog/forum/lista (niepotrzebne skreślić) służy obserwacji postępów choroby, oraz przede wszystkim poszukiwaniu środków obrony.

Stefan Sokołowski
Do mojej witryny domowej


Jeśli chcesz pisać komentarze na tym forum, proszę Cię o jednorazowe zgłoszenie chęci komentowania do   stefan@inf.ug.edu.pl . W zgłoszeniu proszę podać: W odpowiedzi na zgłoszenie przyślę hasło do logowania; ale to może potrwać dzień lub dwa, przepraszam.


¹ Tych danych nie dostanie ode mnie żadna firma komercyjna. Zaznaczam, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem ACTA oraz innych inicjatyw podobnego typu i nie zamierzam współpracować z działaniami godzącymi w wolność internetu.


Spis treści:


PISA i inne rzeki

kwiecień 2014

Na powtarzające się zarzuty, że biurokracja zniszczyła w Polsce szkolnictwo, urzędnicy MEN mają dwie dyżurne odpowiedzi:

Pierwszą odpowiedź uważam za tak samo nierzetelną jak drugą, ale teraz chciałbym odnieść się tylko do tej drugiej.

Otóż chwila góglowania wykazuje, że PISA nie jest jedynym międzynarodowym badaniem porównawczym efektów nauczania szkolnego. Jego wielkim konkurentem jest TIMSS (Trends in International Mathematics and Science Study) -- działa on od 1995 (PISA od 1997), w badaniu 2011 uczestniczyły 63 kraje (PISA 2012 -- 65 krajów), przebadano ok. 300 tys. uczniów (PISA 2012 -- 510 tys.). Porównanie między wynikami PISA i TIMSS wypada dla Polski tak:

Te wyniki są trochę nieporównywalne ze względu na różnicę wieku respondentów. TIMSS prowadzi badania także na starszych uczniach, ale Polska w tej części badań nie uczestniczyła.

Część humanistyczna badania PISA też ma swojego konkurenta: PIRLS (Progress in International Reading Literacy Study) -- działa pod tą nazwą od 2001 (przedtem od lat 1970-tych jako Reading Literacy Study). Porównanie wyników dla Polski:

Te wyniki są znowu nieporównywalne z tego samego powodu.

Skąd tak wielkie rozbieżności między badaniami? Jedna hipoteza jest taka, że nasze 10-letnie dzieci są znacznie głupsze niż 10-latki z innych krajów (to wynika z badań TIMSS i PIRLS), ale zanim dojdą do wieku 15 lat, robią zadziwiające postępy (zgodnie z PISA). Druga hipoteza jest taka, że kiedyś mieliśmy genialne dzieci, ale one już osiągnęły wiek 15 lat, a idący za nimi 10-latkowie są znacznie głupsi i tak już im zostanie. Trzecia możliwość, którą ja uważam za najbardziej prawdopodobną, jest taka, że te wszystkie badania, zarówno PISA, jak TIMSS i PIRLS, nie są nic warte, bo ich wyniki nie zależą od prawdziwych umiejętności respondentów, tylko wyłącznie od stosowanej metodologii.

Ale to nasuwa następne pytania: dlaczego MEN świeci nam po oczach badaniami PISA, a milczy jak zaklęte w sprawie badań TIMSS i PIRLS? I dlaczego przeprowadza badania TIMSS i PIRLS tylko na 10-latkach, a na starszych dzieciach tylko PISA, uniemożliwiając uzyskanie porównywalnych wyników?

Źródła:

Ostrzegam, że trzy ostatnie pozycje to wielkie PDF-y.

        - Stefan Sokołowski



Upadek Rzymu i kto będzie następny

październik 2012

Lecz nade wszystko -- słowom naszym,
zmienionym chytrze przez krętaczy,
jedyność przywróć i prawdziwość:
niech prawo zawsze prawo znaczy,
a sprawiedliwość -- sprawiedliwość.

Tuwim, Modlitwa (z Kwiatów polskich)

No właśnie, prawo znaczy prawo, a sprawiedliwość znaczy sprawiedliwość i proszę tych dwóch pojęć nie mylić, bo należą do całkiem różnych, wzajemnie ortogonalnych hiperpłaszczyzn.

Nawet idealne prawo nie ma na celu krzewienia sprawiedliwości, a tylko dawanie ludziom równych szans w ubieganiu się o nią. Jeśli ktoś z niedbałości, albo z niewiedzy, albo z niechęci do sięgania po (kosztowną) pomoc fachowców, sam rezygnuje ze swoich uprawnień, to żadne prawo na świecie mu ich nie przywróci.

Ale realnie istniejące prawo nawet tyle nam nie daje. Nie powstało przecież w niebie, na stole kreślarskim wszechmądrego Demiurga, tylko w wojnie podjazdowej różnych grup nacisku na skorumpowany organ ustawodawczy. Dlatego przed obliczem Temidy nie mamy równych szans. Nigdzie na świecie. Ponieważ słabsi i biedniejsi mniej skutecznie naciskają na ustawodawców, prawo służy raczej silniejszym i bogatszym.

Krótka (i tendencyjna) historia prawa

Dawno, dawno temu prawo polegało na tym, że władca ze swoją świtą zjeżdżał do poddanego mu miasteczka (wielkości dzisiejszej wioski) i tam ,,sądy czynił''. Władza sądownicza nie była więc oddzielona od wykonawczej; przeciwnie, była jej głównym atrybutem. A władzy ustawodawczej nie było wcale, bo nie było ustaw: władca sądził według własnego sumienia.

Pierwszym historycznie spisem praw, obecnym w świadomości dzisiejszej Europy, był babiloński kodeks Hammurabiego. Europa pamięta Hammurabiemu ,,oko za oko'', ale na ogół nie wie, że postambuła tego kodeksu zawierała uzasadnienie jego ustanowienia: ,,żeby silny nie mógł krzywdzić słabego''1. Tak pięknego sformułowania próżno szukać w dzisiejszych aktach prawnych. A szkoda...

Za podstawę dzisiejszych systemów prawnych świadomość powszechna uważa prawo rzymskie. Ale Rzym Rzymowi nierówny; trwał tysiąc lat i prawo w nim ulegało ciągłym przebrażeniom. Które prawo rzymskie miałoby być tak cenne, żeby jeszcze dziś dręczyć nim studentów?

Zaczęło się jak wszędzie i jak jeszcze długo pozostało w odległych prowincjach imperium -- ,,sądy czynili'' consules, praetores, procuratores według własnego sumienia2. Ale stopniowo ta działalność stawała się mniej uznaniowa, podlegała coraz dalszej kodyfikacji i formalizacji (postępowanie per legis actiones -- por. np. tutaj) i Republika Rzymska rosła w potęgę. Prawo stawało się coraz bardziej skomplikowane, aż jakiś Rzymianin westchnął gorzko
  -- Ignorantia iuris nocet...
skarżąc się, że przed sądem nie wystarczy mieć racji, jeszcze trzeba znać wąskie dróżki przez prawne bagno. I tą skargę na niedoskonałość świata dzisiejsi prawnicy przyjęli za podstawę swojego etosu.

Gdzieś około minus III wieku optimum formalizacji prawa zostało przekroczone, a w minus II wieku forma już zdecydowanie górowała nad treścią. Żadna sprawa nie była rozstrzygana według czyjegokolwiek sumienia, słuszność utraciła dostęp do pałacu Temidy. Wygrywał ten, kto we właściwym czasie bezbłędnie wykonał przepisane gesty oraz powtórzył właściwą liczbę razy właściwą formułkę. A potem (w minus I wieku) Republika Rzymska upadła pod ciosami żołdaków: Gajusza Mariusza, Lucjusza Sulli, Gajusza Juliusza Cezara, Marka Antoniusza, Oktawiana Augusta i innych.

Prawo legisakcyjne dzisiaj

Świat się zmienia i nasze losy nie zależą już od gestów ani od wygłoszonych formułek. Zależą od napisanych formułek. Niektóre omawiałem już w innym artykule, ale teraz wiem o nich więcej. Otóż paragrafilistyczny bełkot na drukach urzędowych nie jest wymysłem autora druku, ale wymogiem obowiązującego prawa. Kodeks postępowania administracyjnego określa, jakie elementy musi zawierać decyzja administracyjna dla swojej ważności (por. KPA, Art.107, §1); m.in.: Dlatego decyzja musi zaczynać się od
Na podstawie art. ... ust. ... z dn. ... (Dz.U. nr ... poz. ... z późn.zm.) oraz art. ... ust. ... z dn. ... (Dz.U. nr ... poz. ... z późn.zm.) a także art. ... ust. ... z dn. ... (Dz.U. nr ... poz. ... z późn.zm.)
[...]
No, musi, nie ma wyjścia, inaczej jest nieważna. Musi też zawierać pouczenie, w jaki sposób obywatel ma odwoływać się od decyzji pozytywnej. KPA nie czyni rozróżnienia, jaka jest decyzja, pouczenie ma być i kropka3.

A czy ktoś z Was widział ostatnio orzeczenie jakiegoś sądu w jakiejkolwiek sprawie? Stawiam eura przeciwko forintom, że 90% orzeczeń wydanych zostało w oparciu o przesłanki formalne a nie merytoryczne. Ktoś nie dotrzymał terminu ustawowego. Albo nie wystąpił z właściwym wnioskiem w terminie zawitym. Albo może sprawa nie należy do właściwości tego sądu. Albo bardziej merytorycznie: nie wpłacił wpisowego. I sąd postanawia w oparciu o uchybienia formalne, całkiem wykręcając się od rozważenia racji.

Rzeczpospolita Polska nie będzie, jak Rzymska, czekać 200 lat na upadek. Żołdacy już się kręcą inter nos.

        - Stefan Sokołowski


1 Z angielskiego przekładu zamieszczonego np. tutaj:
That the strong might not injure the weak, in order to protect the widows and orphans, I have in Babylon [...] in order to bespeak justice in the land, to settle all disputes, and heal all injuries, set up these my precious words, written upon my memorial stone, before the image of me, as king of righteousness.

2 Rzeczownik sententia, czyli wyrok lub orzeczenie, pochodzi prawdopodobnie od czasownika sentire, czyli odczuwać lub żywić przekonanie.
3 A gdyby na druku urzędowym widniały tylko złożone drobnym fontem słowa ,,Podstawa prawna oraz pouczenie o prawie do zaskarżenia podane są na witrynce ...'' -- czy to by wystarczyło? Muszę przy okazji zapytać jakiegoś prawnika specjalizującego się w zaklęciach.



Uniwersyteccy rekruci

3 października 2012

Dużą część lata 2012 spędziłem na dyżurze w wydziałowej komisji rekrutacyjnej -- to znaczy udawałem, że podejmuję decyzje dotyczące przyjmowania maturzystów na studia wyższe. To była ogromna praca... wyłącznie biurowa, bo ta dziedzina działalności uczelni jest już całkiem przeżarta zaawansowanym paragrafilisem.

Załączam dwa dokumenty, które przygotowałem w tej sprawie dla władz mojego Wydziału:

        - Stefan Sokołowski



Litera czy duch?

21 września 2012

Minister Sprawiedliwości RP Jarosław Gowin oświadczył:

-- Uważam, że nie złamałem prawa. Ale powiem też otwarcie: mam w nosie literę przepisów, ważny jest ich duch. Ważne, że Polacy mają prawo żyć w państwie uczciwym, transparentnym, w państwie, w którym wymiar sprawiedliwości stoi na straży interesów obywateli, a nie na straży interesów sitwy tworzonej przez część środowisk prawniczych [...]

i za manie w nosie litery zebrał zjebki od prawników oraz dużej części prasy.

Jako zaciekły antyparagrafilista muszę dołączyć się do poglądu, że działanie w interesie publicznym jest wyższym dobrem niż trzymanie się paragrafów. Jednak nie mogę podpisać się pod ministerskim wywołaniem ducha. Otóż pan Gowin zażądał od sędziów badających Amber Gold przysłania mu do kontroli akt całej sprawy. Kiedy Rząd żąda od Sądu, to pogwałca więcej niż paragraf, bo całą podstawową zasadę ustrojową państwa -- rozdział władzy wykonawczej od sądowniczej.

Ja też mam w nosie literę prawa, ale nie mam w nosie sposobu działania państwa. Zależy mi między innymi na tym, żeby minister nie wyręczał sędziów i prokuratorów. Nie za to mu płacę. Psim obowiązkiem ministra Gowina jest takie kształtowanie warunków działania Wymiaru Tego i Owego, żeby prawo generalnie stało na straży sprawiedliwości. A nie własnoręczne zaprowadzanie tej sprawiedliwości to tu, to tam, gdzie akurat zdarzy mu się wtrynić ministerską łapę. Do tego kształtowania ma dużo rozmaitych narzędzi; np., korzystając ze swojej inicjatywy ustawodawczej, może starać się wpływać na sposób kształcenia oraz na przebieg kariery zawodowej sędziów i prokuratorów.

Tylko że to jest znacznie trudniejsze niż wyciągnięcie spluwy przeciwko pojedynczemu już pokonanemu bandziorowi.

        - Stefan Sokołowski



Proszę pokazać język!

15 lipca 2012

Świeży maturzysta, rozważający studia na Uniwersytecie Gdańskim, wchodzi na jego witrynkę, klika na ,,Rekrutacja 2012/2013'' i trafia na link ,,UCHWAŁA 2012/2013'' (pierwszy na lewym marginesie), sączący mu w mózg następujące treści:

Uchwała nr 46/11
Senatu Uniwersytetu Gdańskiego
z dnia 26 maja 2011 roku z późn. zm.
(TEKST JEDNOLITY Z DNIA 26.04.2012 R.)

w sprawie warunków i trybu rekrutacji kandydatów na studia stacjonarne i
niestacjonarne w Uniwersytecie Gdańskim, w roku akademickim 2012/2013

Na podstawie art. 169 ust. 2 ustawy z dnia 27 lipca 2005 r. Prawo o szkolnictwie wyższym (Dz. U. Nr 164, poz. 1365 z późn. zm.) Senat Uniwersytetu Gdańskiego na wniosek Rad Wydziałów określa
[...]

Gdyby wspomniany maturzysta miał doświadczenie w diagnozowaniu chorób instytucji publicznych, od razu zauważyłby objawy daleko posuniętej paragrafilii. Co to za język? -- tak przecież nigdy nie mówi zdrowy człowiek do zdrowego człowieka! Dlaczego pierwsze słowa polskiego uniwersytetu do polskiego maturzysty mają być wypowiadane na podstawie artykułu/ustęp/ustawy z dnia/Dz.U.Nr poz. (i najważniejsze: z późn. zm.), zamiast stanowić ciepłe przywitanie młodego człowieka na starcie ważnego etapu jego drogi życiowej? Przecież Senat mógłby zacząć czymś w rodzaju:

Uchwała nr 46/11
Senatu Uniwersytetu Gdańskiego
bez daty, bo zawsze żywa

o zasadach przyjmowania na studia

Cieszymy się, że jesteście z nami i postaramy się zrobić wszystko, żeby Wam się dobrze studiowało
[...]

Fe, jakie nieurzędowe... Uchwała zaczynająca się od ,,Na podstawie'' od razu wionie nimbem godności i dostojeństwa, niezależnie od tego, co tkwi w przywołanej podstawie. No właśnie, a co w niej tkwi? Ten art.169 ust.2 ustawy z dnia brzmi w całości tak:

Senat uczelni ustala warunki i tryb rekrutacji oraz formy studiów na poszczególnych kierunkach. Uchwałę podaje się do wiadomości publicznej nie później niż do dnia 31 maja roku poprzedzającego rok akademicki, którego uchwała dotyczy, i przesyła ministrowi właściwemu do spraw szkolnictwa wyższego.

Czyli nic ważnego (chociaż to jest bardziej skomplikowane, patrz niżej). W ogóle nie ma merytorycznej potrzeby, żeby ustalanie warunków i trybu rekrutacji było nakazane ustawą, bo potrzeba takiego ustalenia jest oczywista. To tak, jakby Sejm nałożył na obywateli ustawowy obowiązek oddychania. Skoro jednak prawo nakazuje uchwalić coś takiego, to Senat UG mógł

Żadnej z tych opcji prawo nie zakazuje. Senat UG z własnej woli użył w uchwale paskudnego paragrafilicznego języka i ad maiorem gloriam suam powołał się na... przepis odgórny. Nie to jest źródłem chwały, co dobrze służy podstawowemu celowi istnienia instytucji, tylko to, co stanowi wypełnienie obowiązku administracyjnego.

A teraz muszę odwołać wcześniejsze stwierdzenie, jakoby cytowany fragment ustawy nie mówił niczego ważnego, bo on niestety pod swoim paragrafilicznym kamuflażem mówi co najmniej dwie ważne rzeczy.

Otóż ten (przepraszam za wyrażenie) ustęp jawnie wymienia adresata uchwały. Jest nim, nie wiedzieć po co, minister; a do kandydatów na studentów ma ona trafić tylko dlatego, że jest podana do wiadomości publicznej. Sensowniej byłoby odwrócić listę adresatów:

[...]
Uchwałę należy dostarczyć kandydatom na studia w jak najdogodniejszej dla nich postaci oraz podać do wiadomości publicznej.

Jeśli minister zechce się zapoznać, to niech sobie zajrzy do wspomnianej wiadomości publicznej. Po co mu coś osobno wysyłać, czy nie szkoda pieniędzy na znaczek?

Drugim znaczącym elementem tego fragmentu ustawy jest nakaz, żeby zasady rekrutacji w wielkiej i zróżnicowanej uczelni zostały uchwalone przez jej Senat, czyli powyżej właściwego szczebla kompetencji. Każdy wydział ma inne uwarunkowania, o których Senat nie musi wiedzieć -- np. czy od kandydatów na chemię należy wymagać rozszerzonej matury z matematyki. Prawdziwe kryteria rekrutacji ustalane są na poziomie wydziałów, instytutów i katedr, czyli znacznie poniżej Senatu, a Senat je tylko odgłosowuje. Ustawa nakazuje więc, żeby Senat stał się cyrkiem małpek wytresowanych w podnoszeniu ręki. Ktoś złośliwy skomentowałby: ,,niewielka szkoda''... Szkoda jednak jest, bo od chwili takiego rytualnego podniesienia senatorskich rąk poprawienie jakiegokolwiek błędu jest trudne, wymaga skierowania poprawki na kolejne posiedzenie Senatu. Obowiązkowe zatwierdzanie decyzji na szczeblu wyższym niż poziom kompetencji jest jednym z przejawów paragrafilii.

Ale oddajmy sprawiedliwość uczelni: nie jest ona bynajmniej rekordzistą paragrafilizacji. Już choćby statut mojej Spółdzielni Mieszkaniowej używa takiego języka:

Niniejszy Statut został uchwalony przez Zebranie Przedstawicieli w dniu 09.05.2008 r. i wpisany do Krajowego Rejestru Sądowego w dniu 12.08.2010 r. sygnatura akt KRS/007198/08/719
Z uwzględnieniem zmian uchwalonych przez Zebranie Przedstawicieli w dniu 25.06.2010 r. i wpisany do Krajowego Rejestru Sądowego w dniu 22.09.2010 r. sygnatura akt KRS/014702/10/801
[...]
Spółdzielnia prowadzi działalność na zasadach określonych w szczególności w:
1. Ustawie ,,Prawo Spółdzielcze'' z dnia 16 września 1982 r. (Dz. U. Nr 30 poz. 210 wraz z późniejszymi zmianami),
2. Ustawie o Spółdzielniach mieszkaniowych z dnia 15 grudnia 2000 roku ( Dz. U. Nr 4 z 2001 r. poz.27 wraz z późniejszymi zmianami),
3. przepisach niniejszego Statutu,
4. Regulaminach uchwalonych przez organy Statutowe Spółdzielni.

a przewodniczący na walnym zebraniu w dwuminutowym przywitaniu 5 razy powołał się na przepisy, wymieniając je z numeru artykułu/paragrafu/ustępu oraz daty uchwalenia.

I właśnie przez taki język nie możemy się doprosić, żeby na trawnikach stanęły kosze na śmieci, do których można by wyrzucić zebraną psią kupę.

        - Stefan Sokołowski



Requiem dla szkół

11 lipca 2012

Na biurokrację patrzymy czasem jak na pogodę: narzekamy, wyśmiewamy się z co większych absurdów, ale traktujemy ją raczej jak katar niż jak zaawansowane stadium nowotworu. Jednak ona rośnie jak rak i niszczy jak rak. Już zdążyła kompletnie zlikwidować szkolnictwo średnie w Polsce.

Jak to było?

Czy ten rozwój umiejętności młodzieży szkolnej ma związek z biurokracją? Moim zdaniem jest jej bezpośrednim i nieuniknionym skutkiem.

Nowa matura dała ministerialnym urzędnikom kontrolę nad treścią, formą i ocenianiem matur, odbierając jednocześnie nauczycielom wszelki wpływ. Nauczyciel sprawdzający zadanie maturalne musi działać według dostarczonego mu wcześniej klucza nawet jeśli jest przekonany o bzdurności tego klucza. Przecież wyniki matur mają być porównywalne w całej Polsce, więc nie można się zgodzić na żadną lokalną samowolkę -- precz z tysiącem kwiatów. Nauczyciele nie mają działać twórczo, stali się tylko najniższym szczeblem piramidy urzędniczej.

Można by machnąć ręką na ocenianie matur -- w końcu matury to tylko końcówka szkolnego maratonu, niech nauczyciele wyżywają się nie w ocenianiu tylko w nauczaniu. Niestety, to tak nie działa. Razem z zaprowadzeniem nowych matur zrobiono wiele, żeby przekonać społeczeństwo, że celem liceum jest zdanie matury, i kropka. Nauczyciel, który będzie próbował czymś zainteresować uczniów, albo wyściubić nos poza program, natychmiast spotka się z pytaniami, po co męczy uczniów, skoro to nie przygotowuje do matury. Taki nieostrożny nauczyciel będzie miał przeciwko sobie kolegów, dyrekcję, kuratorium, rodziców, a w końcu i uczniów. Przygotowanie do matury trwa nieprzerwanie przez całe liceum -- 3 lata testów, sprawdzianów motywowanych maturą, próbnych matur.

A skąd uczeń ma czerpać wiedzę? No, może nauczyciel czasem coś przemyci pomiędzy obowiązkami maturalnymi... Ale głównie spoza szkoły, głównie z internetu. A kto ma dbać o rozwój jego osobowości? Na pewno nie szkoła, jej takimi pierdółkami głowy nie należy zawracać, bo szkoła ma znacznie pilniejszy obowiązek przygotowywania do matury.

Nie ma już w szkołach nauczania ani wychowania -- jest tylko tresura do matury. Nie ma nauczycieli -- są niżsi urzędnicy aparatu oświatowego. I nie ma uczniów -- są pozycje w zestawieniach i statystykach.

        - Stefan Sokołowski



Głupcom odejmij dar marzenia...

8 lipca 2012

Niech więcej Twego brzmi imienia
w uczynkach ludzi niż w ich pieśni,
głupcom odejmij dar marzenia,
a sny szlachetnych ucieleśnij.

Tuwim, Modlitwa (z Kwiatów polskich)

O czym marzy paragrafil?

Prywatnie marzy o tym co wszyscy: o dobrym domu, o pieniądzach, o udanej rodzinie, o ciekawym urlopie... Również o rzeczach wielkich: o pokoju na świecie, o sprawiedliwości, i żeby proste Prawo dobrze służyło bogactwu i różnorodności Życia. Ale w swojej działalności zawodowej pacjent dotknięty paragrafilią marzy odwrotnie: żeby proste Życie dobrze służyło bogatemu i różnorodnemu Prawu, od którego to on jest specjalistą.

Koszmarem dla paragrafila jest wizja stu kwiatów rosnących na tej samej łące, wzajemnie się zapylających i mieszających bez żadnego porządku. Taki był tradycyjny pejzaż klasycznych uczelni wyższych, chyba wszędzie na świecie. Każda szukała prawdy po swojemu i uczyła po swojemu. Ale kwalifikator ,,po swojemu'' pomału znika z tego zdania -- w działalności dydaktycznej eliminuje go Państwowa Komisja Akredytacyjna, a w dziedzinie badawczej samo Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Nasza praca w coraz większym stopniu poświęcona jest wypełnianiu kwitów i zestawień, z których nic nie wynika i o których bezsensowności jesteśmy głęboko przekonani.

Brońmy się! Jeśli natychmiast nie zaczniemy odmawiać wykonywania różnych niemerytorycznych obowiązków, to sami zachorujemy na paragrafilię i przestaniemy odróżniać sprawy istotne od zaledwie wymaganych zarządzeniem.

I kiedy już wszystkie rośliny na łące będą rodzić kwiaty odgórnie przepisanego koloru i odgórnie przepisanego zapachu, to spełni się marzenie Wielkich Paragrafili szkolnictwa wyższego. Z dumą zakrzykną jak ów protokolant po udanej sekcji zwłok Kaspara Hausera:
-- Ein schönes Protokoll, ein genaues Protokoll. Ich werde ein Protokoll schreiben wie man es nicht alle Tage erlebt.
Piękny protokół, dokładny protokół. Napiszę taki protokół, jaki nie co dzień się przeżywa...

        - Stefan Sokołowski


komentuje: pawel
data: 14 lipca 2012, godz. 00:17:32

 Nie wiem jak biurokracja wpływa na nauczanie, na pewno strasznie. Ale czuję zapach tego szamba w każdej dziedzinie życia. Wg mnie sama paragrafilia nie
 jest celem, tylko narzędziem służącym do zniewalania najogólniej mówiąc. Tak jak i rosnąca w sposób zatrważający liczba zakazów, nakazów, ograniczeń,
 regulacji, kontroli, mandatów.
 
 Kilka przykładów, ot tak żeby poblogować.
 
 # Na początku roku musiałem (tzn. byłem zobowiązany przez urząd skarbowy, mi to na grzyba) pisemnie poinformować fiskus o planowanym sposobie
 rozliczania. Urząd nie odpowiedział na pismo w żaden sposób, ale i go nie przyjął. Pytia Googlowata podpowiedziała, że teraz muszę z tym się udać do
 urzędu miasta i wpisać się do CEIDG (firma.gov.pl). Ponieważ migracja bazy danych się nie powiodła, w CEIDG znalazły się tylko szczątki moich
 poprzednich danych. Musiałem odtwarzać z pamięci kody PKD (te nowe 2012, nie te 2007), datę zawarcia intercyzy (kolejnego dokumentu potrzebnego tylko
 prawnikom i urzędnikom), że nie wspomnieć o NIPie, REGONie PESELu i numerze dowodu, które wszystkie identyfikują mnie jednoznacznie, tym samym
 wszystkie też identyfikują się wzajemnie. To było w styczniu. Do maja dostałem 3 pisemne wezwania od fiskusa "w celu stawienia się pod karą (...) i
 wyjaśnienia" m.in:
 - jednoosobowej działalności gospodarczej (wyjaśniłem, że nadal nie prowadzę)
 - dlaczego nie jestem w KRUSie (wyjaśniłem, że nigdy nie byłem, że nie jestem i nie będę)
 
 Na szczęście fiskus jeszcze nie zwąchał, że:
 - w wyniku niepomyślnej migracji baz danych nie/źle przeniosły się kody pocztowe
 - źle przeniósł się mój adres e-mail i w nowym wpisie figurował jako "PAWELJACKOWSKI@", bez domeny. W mojej informatycznej pale się to nie mieści. Może
 informatyk z Comarchu albo innego Optimusa uczył się przepisów BHP zamiast SQLa.
 
 
 # Od ok. roku płacę potrójne ubezpieczenie zdrowotne. Norma przecież, nikogo to nie dziwi. Nie korzystałem ze służby zdrowia od dzieciństwa, ale czasem
 idę ze swoimi dziećmi, jak mają poważny nieżyt. Świstki z ZUS'u pokazuję na recepcji, tam Pani wypisuje TRZY karteczki (wg mnie tej samej treści) na
 których składam 3 podpisy. Podpisy składa też Pani za szybką i lekarz. Razem 9 podpisów + 1 na recepcie + 2 pieczątki. A w aptece recepty nie przyjęli
 bo niewyraźna i nieważna ale zabrali, żebym nie próbował ponownie nie dostać tych lekarstw.
 
 
 # Jakoś od 1998 roku dość regularnie kursuję pociągiem na odcinku Kraków-Gdańsk. Od jakichś 10 lat można płacić za bilet w internecie, z wyjątkiem
 przypadku, gdy podróżuje się z małym dzieckiem. Wtedy trzeba po bilet udać się na dworzec do kasy. Wisienką jest to, że bilet dla malucha kosztuje ZERO
 (tzw. bilet zerówka). Na pytanie dlaczego nie mogę kupić biletu rodzinnego w internecie informacja telefoniczna
 odpowiada "no bo jak by chciał Pan kupić zerówkę?".
 
 
 # Mniej zabawnie jest na lotniskach, gdzie kontrolom nikt się nie dziwi i większość poniżanych jest pewnie przekonana, że to dla ich bezpieczeństwa.
 Jakiś czas temu na lotnisku w Waszyngtonie przy wjeździe zabrano mi żelki z samolotu i pouczono, że próbowałem nielegalnie wwieźć żywność do USA. Przy
 wyjeździe byłem świadkiem, jak pewna matka pompowała w dziecko mleko z butelki, którego wg nowych przepisów nie wolno jej było wnieść na pokład.
 Strażnik wygrzebywał tej mamie z torby różne flakoniki. Ja byłem następny przy taśmie. Miałem w plecaku (przez zapominienie, po prostu) 2 litrową
 butelkę wody. Z kranu, bez etykiety. Nikt mnie nie zatrzymał.
 
 No dobra, wiem, wyliczanie przykładów wiele nie wnosi, ale jakoś mnie pociesza, że Józefów K. jest wszędzie pełno. I oczywiście nie mam pomysłu na
 obronę, więc ujadam. Ostatnio w tytule przelewu podatkowego do urzędu miasta (podatek za nieruchomość należącą do banku i osobny za grunt pod tą
 nieruchomością) napisałem "Ten podatek to forma złodziejstwa. Z wyrazami pogardy, Paweł Jackowski". Nie spodziewam się żadnej reakcji, ale trochę mnie
 rozweseliło i zamierzam stosować regularnie.
 
 Inne formy nieskutecznego ujadania, które staram się stosować.
 
 # Nie odbierać telefonów z numerów zastrzeżonych. Pytanie dzwoniących instytucji skąd mają mój numer (i rozłączanie się niezależnie od odpowiedzi).
 
 # Żądać paragonów fiskalnych od instytucji złodziejskich (np. płatne parkingi).
 
 # Żadnej uprzejmości w korespondencji urzędowej, ogólniej żadnej pokory wobec władzy. Ostatnio potraktowałem policjanta z drogówki jak parkomat. Nie
 odezwałem się ani słowem, nie odpowiedziałem dzień dobry. Dałem papierki, poczekałem 10 minut aż posprawdza, odjechałem bez "do widzenia". Nie ma
 powodów do dumy, ale szczerze powiem, że poczułem się lepiej po takim milczącym ujadaniu.
 
 Tak jak i po blogowaniu. Dobrej nocy, Paweł


komentuje: Stefan
data: 14 lipca 2012, godz. 06:06:58

 > Brońmy się! Jeśli natychmiast nie zaczniemy odmawiać
 > wykonywania różnych niemerytorycznych obowiązków, to sami
 > zachorujemy na paragrafilię i przestaniemy odróżniać sprawy
 > istotne od zaledwie wymaganych zarządzeniem.
 
 Z przyjemnością dowiedziałem się, że w ostatni czwartek 12
 VII Rada Wydziału Matematyki, Fizyki i Informatyki UG
 uchwaliła ostry protest przeciwko nowemu obowiązkowi
 sprawozdawczemu, dotyczącemu grantów Unii Europejskiej (Unia
 żąda sprawozdań co rok, a lokalnie na UG wprowadzono
 obowiązek sprawozdawania co kwartał). W proteście
 wypomniano Rektorowi, że władze uczelni pobierają spory
 haracz z każdego grantu badawczego za to, że jakoby
 ułatwiają jego realizację, a nie po to, żeby wprowadzać
 dodatkowe utrudnienia. Rada Wydziału zażądała podania
 podstawy prawnej nowego obowiązku.
 
 Paragrafilii należy się ostro przeciwstawiać na każdym kroku
 i kolektywnie. Jest to więc mały kroczek we właściwą stronę.
 



Czy nasza ministra ma dobrze w głowie?

28 czerwca 2012

Może zainteresują Was problemy, jakie ma pani ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Ten załącznik spłynął do mnie drogą oficjalną z obydwóch szkół wyższych, w których się udzielam. Wprawdzie nie jest w nim napisane, o co idzie w całej awanturze, ale plotki chodzą, że zagrożony jest Stadion Narodowy w Warszawie, bo na samotnej tratwie na Bugu znaleziono jego zdjęcie i jakąś laskę. Laskę trotylu. Laska spłynie Bugiem do Zalewu Zegrzyńskiego, potem tratwostopem pokona stojącą wodę, wpadnie do Wisły, podąży pod prąd ku Stadionowi Narodowemu i wtedy wybuchnie. A zdjęcia ma po to, żeby przez pomyłkę nie wybuchnąć w niewłaściwym miejscu. I dlatego my tu na Pomorzu (jak zresztą w całym kraju) mamy wzmóc czujność. Znacznie łatwiej jest wzmóc czujność niż skuteczność badań naukowych i nauczania.

Jeśli nie widzicie związku między samotną tratwą na Bugu a alarmem na wyższych uczelniach, to sami jesteście sobie winni, jako i ja jestem.

Pani ministra jest zapewne człowiekiem inteligentnym i dowcipnym, więc sama by się z nami śmiała z biurokratycznego alarmu, który wszczęła. Ale właśnie na tym polega paragrafilia, że dotknięty nią pacjent wyłącza własną inteligencję oraz poczucie humoru -- i przystępuje do nieograniczonego paragrafienia.

        - Stefan Sokołowski


komentuje: pawel
data: 13 lipca 2012, godz. 21:17:21

 Ten list był dla Pani minister dupochronem, żeby jej nikt
 nie powiedział, że ministerstwo nic nie zrobiło mimo tak
 wyraźnego sygnału od terrorystów, jakim jest laska trotylu
 płynąca tratwą. Ta sytuacja, jak i sam list ministerstwa,
 byłby nawet całkiem śmieszna, gdyby nie to, że nie jest...
 
 Dla mnie list ministerstwa jest kolejną próbą
 przyzwyczajania nas do stanu wyjątkowego, stanu zagrożenia.
 Jeśli chodziłoby o ochronę pracowników uczelni i studentów
 przed jakimkolwiek zagrożeniem, to tego listu by nie
 wysłano, BO I PO CO?
 
 Społeczeństwo przestraszone i nieufne wobec bliźnich jest
 bardzo plastyczną masą. Skłonny jestem zaryzykować tezę, że
 w latach 90-tych ustawy dające w zasadzie nieograniczone
 prawa służbom "antyterrorystycznym" w USA, ani ustawy o
 obowiązkowym aplikowaniu leków z użyciem siły w Polsce, po
 prostu by nie przeszły. Po przeszło 10-latach tworzenia
 projekcji terroryzmu, straszenia świata pokazowym
 wybuchaniem drapaczy chmur i pociągów, udało się przepchnąć
 te ustawy. Ba, kilka wojenek zrobić. List pani minister jest
 wg mnie utrzymywaniem lokalnej masy w stanie plastycznym.
 
 Jak odebrali ten list koledzy i koleżanki z uczelni?


komentuje: Stefan
data: 13 lipca 2012, godz. 22:09:13

 pawel:
 > Jak odebrali ten list koledzy i koleżanki z uczelni?
 
 U mnie? -- olali dokumentnie.
 
 Nawet nikt dobrze nie wie, czy alarm alfa został już
 odwołany. Niby nie, skoro nie było potem takiego samego
 listu odwołującego, prawda?